Farby i kredki

Szlugasowy świat kredkowy – czyli o profesjonalnych kredkach

Hej hej! Tu Sara Rokicka – @szlugi_i_sztalugi! Odbiór!

Kredek używał praktycznie każdy. Wielkie słońce, mały domek i może kot w rogu,
a mama, nasz mecenas sztuki, zawsze zadowolona. To było życie! Jednak ci, którzy uwierzyli w swój talent, zaczęli oczekiwać czegoś więcej ni ż poczciwych kredek Bambino, które w szkole były wyznacznikiem poszanowania w ławce.  Przybliżę Wam     6 rodzajów kredek, które przygarnęłam do siebie, by dać im dom i miłość w zamian za trochę pigmentu.

Mondeluz, Koh-i-noor

Mam zestaw 36 sztuk. Miały być idealne i na sucho i na mokro.  Można rozmywać, łączyć kolory, podobno są w drzewa cedrowego, a producent wspomina o eleganckim wykończeniu.  Wyglądają jednak bardo przeciętnie, a na pewno nie na kredki, które
w zestawie 72 sztuk kosztują ponad 100zł. Gdyby nie złoty napis to bym pomyślała,
że jakieś dziecko było w moim pokoju i uciekło, zapominając o nich. Nie używam ich już, ale na potrzeby programu sprawdziłam je i od razu wspomnienia dały o sobie znać. Pigment mają nawet zadowalający, przyznam wydawało mi się, że był gorszy. Zostawiają okruszki, pylą się na potęgę i blendowanie kolorów nie jest najprostszą sprawą. 
Mam wrażenie, że jaśniejsze kolory rozmywają się lepiej niż ciemne, ale to tylko moja prywatna opinia. W opakowaniu mamy pędzelek, dobry, porządny,, wezmę go do wyższych celów. Znam wielu obrońców tych kredek i owszem, szczególnie jeśli mamy ograniczone środki i dużą wyobraźnię to da się z tego coś wykrzesać. Jeżeli chcemy kredki, a akwarelowe możliwości mają być tylko bajerem to lepiej kupić polycolory.  Moja ocena to 3,5/5. Jeśli je dostaniecie na prezent, super! Jeśli macie na nie oszczędzać pół roku, to już gruntownie bym się zastanowiła. Dla początkujących powinny się sprawdzić, ale zalecam je jako etap przejściowy. Receptę można odebrać
za tydzień.

Polycolor, Koh-i-noor

Ostatnio zauważyłam, że budzą wiele skrajnych emocji ku mojemu zaskoczeniu.
Ja je kupowałam na sztuki i nadal używam ,szczególnie tych do skóry. Sami je chwaliła,
a Kinga z kanału Blondynki Też Grają ich wręcz nienawidzi.  Tu także mamy drzewo cedrowe, też elegancki wygląd, ehh przymrużę na to oko, bo mają złotą końcówkę. 
Mają być odporne na światło i wodę i za zestaw 72 sztuk też musimy zapłacić około 100zł. Pigmentacja jest bardzo dobra, a łączenie barw to żaden problem.  Uważam, że da początkujących są świetnym wyborem, chociaż warto kupić kilka na sztuki i przekonać się o tym samemu. Niektórzy zarzucają im, że łatwo robią się grudki, ale ja nie zauważyłam tego problemu, a Nawet wyczyściłam okulary, co Się zdarza rzadziej niż można to przyznać. Osobom na wyższym poziomie wtajemniczenia  zaraz polecę inne, ale gdybym miała zostać z nimi zamknięta to bym nie płakała z tego powodu. Daje mocne 4/5.

Derwent Coloursoft

Kredki miękkie, gruby rdzeń kredek, kolory intensywne. Brzmi jak scenariusz dobrego westernu. A tak serio serio za zestaw 72 sztuk trzeba wydać około 300zł. Opakowanie jest metalowe z przeciwieństwie do poprzednich.  Ja mam zestaw 24 i używałam ich na początku mojej mam nadzieje świetlistej kariery. Z tego co pamiętam mają bardzo ładne odcienie, lecz czarna kredka troszkę rozczarowuje, za to biała mi bardzo odpowiada. Kolory łączą się naprawdę zacnie. Spójrzmy na podwórko artystyczne. Maksym Wołczyk je polecał, chwalił ich pigment i to ile można z nich wykrzesać, za to ocena Nefki była już bardziej sceptyczna.  Zarzutem jest grudkowanie się i suchość. Jak widać kredki są bardziej indywidualną sprawą niż dobranie podkładu do twarzy. Derwenty świetnie się ostrzą i nie mam problemu, aby wykonywać nimi szczegółowe prace. Uważam, że cena jest adekwatna do jakości i daje im bardzo ładne 4.3/5. Z takiego świadectwa już od biedy można się nawet ucieszyć.

Prismacolor Premier

Teraz możemy ubrać przeciwsłoneczne okulary, futro i wystawić łokieć z przez okno z opla.  Jednym słowem klasa, tylko nie mam opla. Kredki profesjonalne, tak miękkie niczym masełko, którego nie włożyliśmy do lodówki po jedzeniowym szale o 3 w nocy. Ten pigment to marzenie, ale dobra Drodzy Państwo najpierw cena. Zestaw 72 kolorów waha się w okolicach 330zł. Ja swoje wyhaczyłam za 260zł i ściągałam je z Wielkiej Brytanii. Niestety nie kupimy ich na sztuki od tak. Dlatego proszę nie straszyć pani z warzywniaka, bo Wam za truskawki źle policzy. Tu już możemy cuda tworzyć. Trzeba się ich nauczyć, bo przez Az taką miękkość nie są najprostsze w obsłudze. Są zatemperowane specyficznie i nie są aż tak dobrze wykonane jak derwenty.  To chyba tyle z minusów, blendowanie barw to czysta przyjemność. Efekty, które da się uzyskać są magiczne. Troszeczkę się kruszą, ale to nic nadzwyczajnego przy takiej masełkowatości. Warto je kupić, jeśli mamy ambitne plany związane ze sztuką. Daje 4.75/5.

Polychromos, Faber-castell

Moje ukochane bąbelki. Gdy zaczęłam ich używać wszystko się zmieniło. Ale najpierw suche fakty. Za zestaw 60 kolorów, bo normalnie zestawu 72 nie ma, chyba że mamy ochotę na szalony zestaw w szalonej kasetce, ale 60 kosztuje około 400zł,
przy czym na stronie Faber-castell po haśle elfik są zniżki, ale to odsyłam do Elfika,
bo ona na faberkach zna się świetnie. Kredki dość twarde, świetne do szczegółów,
do sierści np. Te kasetki są metalowe, piękne i wytrzymałe. Same kredki również mi się bardzo podobają. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Kupiłam zestaw 36 sztuk
i kupiłam kilka na sztuki. Obecnie mam około 60. Mogłabym wymieniać ulubione odcienie, ale nikt z nas nie ma na to czasu. Gdybyśmy przenieśli się do romantyzmu to byłabym autorką ody do polychromosów. Jest to sprzęt profesjonalny, ale wart swojej ceny. Nie mam im nic do zarzucenia, chociaż zastanawiałam się długo.  4,9/5, bo jednak nie potrafią gotować, a ja jestem żarłokiem.

Luminance Caran D’ache

Prawdziwy Bentley wśród kredek. 
Za 76sztuk płaci się około 1030zł. Też przez chwilę nie mogliście oddychać czy tylko ja o tym zapominam? Często są uznawane na najlepsze kredki na świecie.  W ich opisie czytamy, że są niesamowicie wytrzymałe, miękkie,
o maksymalnym kryciu, płynna gradacja. Ja dostałam je do przetestowania od sklepu plastycznego, a dokładnie zestaw 40 sztuk. Wszystko z zapewnień się zgadza, chociaż nie są moim zdaniem aż tak mięciutkie jak Priomy, jakby miały bardzo delikatną domieszkę suchego pastela. Nie zmienia to faktu, że przy cieniowaniu milkną nawet odgłosy sąsiadów, mamie wypada łyżeczka z ręki, a porządek w pokoju robi się sam. Taka czerń to skarb. Chodzę tylko w czarnych ubraniach i przysięgam, że nie mam ani jednej rzeczy o tak nasyconej czerni. Za białą kredkę też można zabić. Mój ulubiony kolor to 171, bardzo modny i wakacyjny akurat. Przez swoją konsystencję nie są aż tak wydajne, ale to jak płynne dają przejścia wynagradza wszystko.  Nawet ich opakowanie mimo że nie jest metalowe wygląda bardzo gustownie, a każdą kredkę wykonano porządnie. Już Wam słodko? Mi też ,ale to chyba wina uzależnienia od czekolady. Daje 4,91/5, bo muszę wziąć pod uwagę cenę.

Na koniec chciałam zaznaczyć, że to tylko moje mniemanie. Nigdy nie patrzę na nazwy kredek i nie przywiązuję się do numerków. Przepraszam wszystkich przeciwników Mondeluzów i jednocześnie ogromne oklaski dla Was, że potraficie z nich dobrze korzystać. Ceny mogą się różnić w zależności, gdzie je kupujecie, a ja jestem tylko
i aż pasjonatką rysowania. Ważny jest dobór papieru, warto o tym pamiętać. Ja nie schodzę poniżej 170g. Moje kredkowe prace znajdziecie na Ig @szlugi_i_sztalugi. Tulę czule!

PS. Pogrubiony oraz pochylony tekst oznacza, że kryje się pod nim link z odnośnikiem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *